Jechałem pociągiem z pewną letnią kobietą, która przez całą drogę patrzyła na mnie podejrzliwie i mocno przyciskała torbę do piersi: gdy gwałtownie pociągnęła, torba wyślizgnęła się jej z rąk i upadła na ramę
A ci, którzy z nią przebywali, doprowadzili mnie przed oblicze sprawiedliwości

Nie pojechałam tu w poszukiwaniu dobrego życia. Po rozstaniu musiałam sprzedać mieszkanie i w końcu polecieć do siostry, żeby móc w każdej chwili stanąć na nogi. Torba leży sama, monety wiszą, wokół głowy panuje kompletny chaos. Wzięłam najtańszy bilet, z wagonu z zarezerwowanymi miejscami, zamiast jechać znanymi ulicami.
Gdy wszedłem do przedziału, od razu ją przywitałem.
Letnia kobieta losu, siedemdziesiąt pięć lat. Chustka jest dziergana starodawnym sposobem, ciepły sweter z dzianiny, ciemny sweter z dzianiny. Ta siatka w jego rękach jest stara, od władcy, jak z lat dziewięćdziesiątych. Usiadła przy oknie i dotknęła torebki tak czule, że miała ochotę ją podnieść.
Powiedziałem „cześć”. Vona skinęła głową, ale jej wzrok był nieufny. Tak czy inaczej, właśnie o tym myślałem.
Pociąg jest zepsuty. Próbowałem popracować nad telefonem, ale zdałem sobie sprawę, że nie ma powodu, żeby się mną dziwić. Miałem się właśnie odwrócić – moje palce mocniej zacisnęły się na uchwytach siatki.
Nie widziałem tego od kilku lat.
„Nie chwal się, nic nie palę” – powiedziałem, próbując się roześmiać.
Oczy Vony gwałtownie się zwęziły.
– Nie twoja mowa, podziwiaj siebie…
Słowa te zabrzmiały jak dźwięk dzwonka.
Oprzytomniałem. Zamknąłem.
Babcia siedziała w tej samej pozycji przez całą drogę, nie jadła, nie spała i nie okazywała szacunku ludziom. I to było jeszcze cudowniejsze.
Wieczorem gwałtownie rozciągnąłem usta. Sieć liznęła jej dłonie i wpadła w pułapkę. Jej znaczenie opadło, głucho uderzając o ramę.

Mechanicznie próbowałem pomóc mu to podnieść – i zamarłem na widok tego, co było w środku torby
Z torby wysypały się paczki monet, przewiązane sznurkiem bankowym. Szklanka tych szklanek. Dla osoby, która siedziała na zarezerwowanym miejscu z siatką rządową, wyglądało to… nieprawdopodobnie.
Podniosłem na nią wzrok. Ona oszalała.
- „To nie moje” – wyszeptała. „Po prostu próbuję ich tam zaprowadzić”.
Na zewnątrz wagonu panowała cisza, ale potem zrobiło się jeszcze ciszej.
- Gdzie? – zapytałem.
Vona długo coś mamrotała, po czym powiedziała:
– Do lekarza. Onukovi. Jeśli jutro nie zapłacisz za operację, to jej nie dostaniesz.
Zdumiewałem się ilością pieniędzy i nie rozumiałem, po co one tam są. Dlaczego nie ma wsparcia? Po co taka torba w pociągu ratunkowym?
– Skąd chcesz wiedzieć? – mruknąłem cicho.

Vona po prostu zachwycała się Vichi.
„Dlatego zawsze dokładnie czyszczę swoją torbę.”
I wtedy zrozumiałem, dlaczego cały dzień patrzyła na mnie z podejrzliwością. Vona nie bała się mniej – bała się zmarnować jedyną szansę na zabicie dziecka.
Nie spałem tej nocy. A Frank, kiedy przyjechał pociąg, od razu wyszedłem, a ona odprowadziła ją aż do wyjścia. I gdy tylko wsiadła do taksówki, od razu zdałem sobie sprawę, że na moim miejscu mogli być nawet brudni ludzie.
I w rezultacie tej myśli poczułem prawdziwy strach.